Jeszcze kilka miesięcy temu prowadziłam „normalne życie”. Walczyłam z odziedziczoną po mamie astmą i sporą nadwagą. Odżywiałam się w zasadzie prawie jak wegetarianin, jedząc bardzo mało mięsa (jednak nigdy wieprzowego) i sporadycznie trochę wędlin. Mój podstawowy jadłospis składał się z pieczywa, nabiału, ryb oraz wszelkiego typu warzyw i nieznacznych ilości owoców. Piłam kawę i herbatę (przede wszystkim po to, aby podnieść bardzo niskie ciśnienie, które spadało nierzadko poniżej 100 mm Hg) oraz wodę mineralną gazowaną. Coraz częściej czułam jednak wewnętrzną niechęć do spożywania mięsa. Farmakologiczne leczenie, w tym sterydy czyniły swoje. Stała chęć zjadania czegoś słodkiego, a w szczególności niepohamowane szukanie cukierków dopełniało czarę goryczy.

Moja masa ciała była coraz większa, aż osiągnęła poziom, który nie pozwalał mi wejść na wagę. Zapewne było to dobre 90 +XL kg.

Do Fundacji Źródła Życia trafiłam niejako przypadkowo, towarzysząc swojemu mężowi, który poszukiwał wyjścia ze swojej trudnej sytuacji zdrowotnej. Medycyna tradycyjna oferowała mu jedynie zwiększenie i tak już dużych dawek poważnych farmaceutyków. Postanowił więc z polecenia zaprzyjaźnionej osoby skorzystać z porady dr Grażyny Kuczek. Nasza konsultacja trwała ponad 2 godziny, w czasie której dr Kuczek w sposób bardzo życzliwy i wyjątkowo przystępny zdefiniowała nasze zagrożenia i zaprezentowała wizję radykalnej zmiany naszego sposobu odżywiania się. Nie był to dyktat wykształconego medyka, lecz uczciwe pokazanie możliwych dróg ratunkowych, z których możemy, jeśli zechcemy, skorzystać. Porwani tą zupełnie nową filozofią polegającą na zwalczaniu nie skutków lecz przyczyny naszych (szczególnie męża) chorób postanowiliśmy solennie od nowego roku rozpocząć proces ratowania naszego zdrowia poprzez stosowanie zaleceń kuchni wegetariańskiej eliminującej wszelkie produkty pochodzenia zwierzęcego. Owa pierwsza konsultacja zawierała wiele wskazówek, które starannie notowałam. Rezygnację mojego męża ze spożywania mięsa i jego przetworów przyjęłam ze szczególną radością.

Okres od połowy grudnia do ściśle wyznaczonego na dzień 1 stycznia 2010 r. początku naszej walki o zdrowie wykorzystałam na zapoznanie się ze sposobem przygotowywania potraw oraz na uzupełnieniu sprzętu gospodarstwa domowego, który miał mi w tych nowych obowiązkach pomagać.

Początki nie były łatwe. Potrawy przyrządzane według posiadanych przepisów, ale bez niezbędnego w tym temacie doświadczenia nie były zawsze najwyższych lotów. Lata przyzwyczajeń powodowały, że zanieczyszczony organizm odbierał tą nagłą zmianę nie zawsze przychylnie. Jedynym pozytywem, który pozwolił przetrwać ten okres był znaczący i systematyczny ubytek masy ciała mojego męża (który miał odwagę się ważyć) oraz powolne zmniejszanie się niektórych moich mega- wymiarów. W momencie, gdy mogłam bez rozpinania zdjąć poprzednio bardzo dopasowane jeansy odważyłam się wejść na wagę. Pokazała ona 86 kg. Od tego momentu do dnia dzisiejszego wskazania te uległy zmniejszeniu o kolejne 12 kg. W ciągu 7 miesięcy pozbyłam się tak wiele niepotrzebnego balastu! Ku mojemu ogromnemu zdumieniu nie był to jedyny zysk ze zmiany sposobu odżywiania. W moim organizmie nastąpiły takie zmiany, o których nawet nie marzyłam.

Po krótkim okresie czasu mój organizm zaczął się intensywnie oczyszczać, a objawy astmatyczne ulegały stopniowemu zmniejszeniu. Przygotowywane potrawy wegetariańskie zaczęły zachwycać swoim smakiem. Z czasem przestawały smakować herbata, kawa i woda gazowana. Zupełnie zbyteczne okazały się liczne przyprawy, bez których poprzednio spożywane przeze mnie potrawy były zupełnie bez wyrazu. Cukier, w tym ulubione krówki z Milanówka w ogóle przestały mnie interesować. To wszystko sprawiło, że głoszone przez dr Kuczek zasady zdrowego żywienia w krótkim czasie w pełni zostały w moim życiu potwierdzone. Postanowiłam wykonać jeszcze krok dalej i skorzystać z czasie wakacji z Programu Newstart, mając nadzieję na zdobycie nowych doświadczeń w prowadzeniu kuchni wegetariańskiej.

I tu pełne zaskoczenie. Posiłek poranny tak – ale najpierw pół godziny gimnastyki, a pobudka tak wczesna, że takiej godziny nie ma na moim budziku. Początkowo wstawałam z ogromnymi oporami, które na szczęście powoli ustąpiły – zapewne dzięki wyjątkowo radosnej grupie kuracjuszy i wspaniałemu instruktorowi, który ten fizyczny trud potrafił pokazać jako wesołą zabawę dorosłych ludzi. A teraz coś, czego i ja nie do końca rozumiem. „Nocny marek” – chodzący spać pomiędzy 23.30 a 24.00 po tygodniowym pobycie w Wiśle budzi się rano o godz. 6.00 jak nie przymierzając przodująca pracownica PGR. Po tymże urlopie zdrowotnym czas nocnego odpoczynku przestawił się również i aktualnie to 21.00 jest ostateczną porą bliższego kontaktu z poduszką.

Aż się wierzyć nie chce – że takie istotne zmiany zachodzą tak bezboleśnie. Dla mnie jedynym rozsądnym wytłumaczeniem jest bezgraniczna miłość i opieka Boga.

Można by powiedzieć, że większość tych zmian ma podłoże w mojej psychice – bo szczerze chciałabym, aby stan mojego zdrowia ulegał takiej poprawie jak jest to teoretycznie zdefiniowane. I jeszcze jedno. Na krótko przed wyjazdem do Wisły na Program Newstart byłam z wizytą u okulistki, która z radością poinformowała mnie, że dno mojego oka zaświadcza o bardzo zaawansowanym procesie oczyszczania, a drobne ale liczne nieprawidłowości w oczach całkowicie się cofnęły. Do maja musiałam korzystać regularnie z medykamentów na astmę. W okresie ostatnich 3 miesięcy potrzeba korzystania z pomocy medycyny konwencjonalnej była sporadyczna.

Proces powrotu do zdrowia wymaga dalszej konsekwencji i cierpliwości. Priorytetem dla mnie było opanowanie bardzo dokuczliwej astmy, a pierwsze miesiące zaowocowały dodatkowo nadspodziewanie dobrymi rezultatami w walce z otyłością. Czuję się ogólnie lepiej, jestem zdrowsza i szczęśliwsza. Zawdzięczam to opiece Bożej i jestem wdzięczna za Program Newstart i dr Grażynę Kuczek – jej głęboką wiedzę i doświadczenie oraz ogromną chęć niesienia pomocy osobom bezskutecznie próbującym wyrwać się z objęć chemii – wszechobecnej w tradycyjnej medycynie oraz coraz powszechniej występującej w przetworzonych produktach żywnościowych.

Krystyna Drewniak